Że wspomnienia bolą, to znana sprawa, prawda? Ale czy bolały panią kiedyś miejsca? Bo mnie, proszę pani, boli całe miasto.

To, w którym się wychowałem, które opuściłem. W którym nie byłem przez wiele lat i teraz w nim też nie mieszkam. Taki już splot życiowych okoliczności. Gdy je odwiedziłem po raz pierwszy po dłuższej przerwie, nie byłem pewien, czy to ono. Słucham? Czy na dobre? Tego bym nie powiedział, wie pani…
Jest trochę plusów, nie przeczę. Na przykład infrastruktura dla dzieci. Te place zabaw, o których nam się nawet nie śniło, gdy byliśmy mali. Ścieżki rowerowe, owszem, siłownie pod chmurką. No ale niech pani popatrzy na te ekrany wzdłuż dróg, wzdłuż mostów i estakad. Przecież za obrażanie poczucia estetyki powinny być jakieś kary.

Albo ta kostka. Stare płyty chodnikowe miały coś w sobie, ba! Czy pani też znała każde wyszczerbienie w płytkach w swojej okolicy? A już na pewno po drodze do szkoły? Nie? A ja, proszę pani, przyglądałem się. Od zawsze pociągał mnie szczegół. Ja miałem te płytki nawet policzone na niektórych trasach! Dzięki temu znałem odległości – do szkoły, do warzywniaka, do stadionu. Bo płytki były po trzydzieści centymetrów i po pięćdziesiąt. Przynajmniej u nas. Wystarczyło zatem policzyć, pomnożyć, i wiadomo było, że do szkoły jest pięćset czterdzieści metrów plus przejście przez jezdnię.

Ale proszę popatrzeć, co zrobiono z centrum miasta. Niegdyś wielkie przestrzenie, zieleń, kasztanowce, bzy. A teraz? Przepraszam za wyrażenie, Manhattan dla ubogich. Przecież to aż po oczach bije. W kilka lat staramy się – przepraszam, starają się – nadgonić to, co inni robili przez dziesięciolecia… Okropne, nieprawdaż? Ruin powojennych do końca nie chce im się uporządkować, a stawiają te szkarady. Tak, bo ja jednak wolę nadpaloną i ostrzelaną kamienicę, niż to, co nowe. Mało już ich pozostało, wkrótce znikną zupełnie. Znikną, tak jak ten świat, który zastałem, a przecież, mówiliśmy już o tym, wcale nie jestem stary.

Dlaczego boli? Aha. Rzeczywiście, zgubiłem wątek. Bo to jest tak. Gdy przyjeżdżam, najczęściej autobusem – pociągiem rzadko, ciągle spóźnienia i remonty, i ten odwieczny zapach drugiej klasy PKP! Proszę? Nie, tego akurat nie lubię, chociaż towarzyszy mi od dzieciństwa. Jeździ pani pociągami? Przyzna pani zatem, że ten odór jest zawsze ten sam… Tak, przyjeżdżam więc autobusem. Tak, tam. Ja na to mówię Dworzec Południowy, bo tak mówił mój ojciec i dziadek, ale teraz mało kto wie, gdzie to jest. Wysiadam i od razu ból, prawie namacalny fizyczny ból. Bo nie ma baru, w którym się przesiadywało. Speluna to była straszna, klimat dawnych czasów. Co jest? Biurowiec… Patrzę w drugą stronę – tam, gdzie miałem kumpla. Miałem kumpla w wieżowcu, tam były wtedy trzy wieżowce, ale teraz ich nie widać. Wszystko zasłonięte nową zabudową. Tamte wieżowce, peerelowskie, nie były ładne. Ale to, co je otacza, ma wdzięk prostytutki z trzydziestoletnim stażem w zawodzie. Przesadzam? Cóż, może. A może po prostu różne mamy gusta estetyczne. Patrzę w trzecią stronę, dwa przystanki dalej jest siedziba mojej uczelni. Ocean wspomnień – przedsesyjne stresy, miłostki, popijawy. Profesorowie. Niektórzy tylko, rzecz jasna, są warci, by ich w ogóle wspominać, bo wielu wykładowców było z zupełnego przypadku, mimo że uczelnia państwowa, prestiżowa. Polska przecież. Jak to ktoś ostatnio powiedział – kraj, który funkcjonuje po znajomości. Zgodzi się pani chyba? A w czwartą stronę – w stronę centrum, zazwyczaj po prostu idę. Bo mam dużo czasu, gdy tam przyjeżdżam, nigdzie się nie spieszę. Idę i na każdym niemal kroku widzę swoją przeszłość. Swoje przeżycia. Ot, zaraz, trzysta metrów dalej – szkoła, w której jako student odbywałem praktyki. Też piękne wspomnienia…

Dwie arterie stamtąd prowadzą do centrum. Raz idę jedną, raz drugą. Nie ma znaczenia. Każde skrzyżowanie, niemal każda kamienica czy blok coś mi przywodzi na myśl. Urzędy, obiekty sportowe, siedziby różnych instytucji. Akademiki. Niektóre ocalałe sklepy, bary czy restauracje. Morze asocjacji, sylwetek, postaci i zdarzeń. Nie zawsze przyjemnych, bo przecież i bójki i ucieczki przed amatorami mojej własności, to też. Bo trochę bandyckie te czasy wtedy były. Chyba o wiele bardziej, niż teraz.

Którą z tych dwu arterii bym nie szedł, w pewnym momencie dochodzę do parku. Albo po lewej, albo po prawej. Każdą ławkę w nim znałem, każdy krzaczek. Znów przewijają mi się przed oczyma postacie, których już nie ma. Albo w ogóle, bo wcześnie pomarli niektórzy, albo po prostu nie ma ich w moim życiu. Bo wyjechali. Bo rodzina, bo inne priorytety, inni znajomi. Inne środowiska. A ja idę przez ten park i słyszę z tych ławek – są w większości w tych samych miejscach, ale nowe – te śmiechy, żarty, syk otwieranych butelek, odgłos zapalniczek. Drzewa się rozrosły, jest teraz jeszcze piękniej. Lecz mniej piękne jest to, że tamto już nie wróci.

Za parkiem, tuż obok wejścia do metra mieszkała niegdyś moja dobra znajoma. W takiej starej kamienicy, którą zasłonił teraz kolejny biurowiec. Bo ten obok wybudowano już wtedy, gdyśmy tam na tych ławkach siadywali. Pamiętam dobrze – siedzieliśmy, często już po zmroku, zwłaszcza jesienią i wpatrywaliśmy się w rozjaśnione okna biurowców. Mówiliśmy o Babilonie i o przegranym życiu tych, którzy tam muszą siedzieć i harować na spłatę kredytów. Rzecz jasna wielu z nas potem podzieliło ten los, taka kolej rzeczy. Jak to dobrze, proszę pani, że mnie to ominęło.

A potem wsiadam w metro albo w autobus. I gdzie bym nie pojechał – czy do matki, czy do siostry, czy do ciotki, która mieszka tam, gdzie mieszkała babcia – wszędzie jest to samo. Każde drzewo, każdy kamień czy zaułek rwie mi duszę, wyciska tęsknotę za czymś, co może było niepiękne, nieciekawe, ale jednak było, było moim udziałem w tych najwrażliwszych latach i na pewno już nie wróci. Budynek szkoły podstawowej, której gwar słyszę do dziś; cmentarz, stary cmentarz z rozłożystymi, wiekowymi drzewami, zapachem parafiny i pańskiej skórki; górka w parku, z której latem zjeżdżało się rowerem, a zimą na sankach; resztki boiska, gdzie zdzierało się kolana i łokcie.

Ławka, na której siadywałem najpierw z matką, by zjeść lizaka lub loda, a parę lat później z pierwszą dziewczyną, wiadomo po co. Cieszy to, co zostało. Mam jednak wrażenie, że to, co nowe, zabiera mi moje miasto, moje widoki i wspomnienia. Odziera mnie z nich. Powstaje tyle nowych bloków. Często w miejscach, gdzie wydawać by się mogło, że warzywniak się nie zmieści. Tam, gdzie były znajome trawniki i chodniki. To boli, momentami wręcz fizycznie boli. Czy pani też tak ma? Tak, o mnie mamy rozmawiać, ale ja bym chciał wiedzieć, czy ktoś inny też tak to widzi… Wciąż pani tylko notuje, a ja chciałbym się wreszcie coś dowiedzieć, co z tych notatek wynika. Jeszcze nie dziś? Dobrze, poczekam…